www.podrozniczemarzenia.wordpress.com adres mojego nowego bloga ;) Zapraszam

Obrazek

 

Po podróży w Maroko postanowiłem opisywać swoje przeżycia głównie filmami, nie chciałem zakładać nowego bloga w stylu markoztchorzem.wordpress tylko założyć bloga podróżniczego który byłby bardziej ogólny podróżniczo a nie tematyczny o każdym kraju czy regionie. Zapraszam wszystkich na WWW.PODROZNICZEMARZENIA.WORDPRESS.COM

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dzień 17,18 powrót do PL z Sarajeva w dwa dni!

W Budapeszcie w namiocie spało nam się tak smacznie, że wstaliśmy dopiero kolo 10-11. W pobliskim MacDonald’s zjedliśmy lekkie śniadanko i zaczęliśmy łapać na wyjeździe z tej olbrzymiej stacji benzynowej na autostradzie. Po jakichś 15-20 min zatrzymała nam się elegancka Pani Węgierka-na oko miała lekko powyżej trzydziestu lat. Elegancka, zadbana, a przede wszystkim odważna! Jak dotąd w naszej autostopowej „karierze” 3 razy zatrzymały nam się kobiety kierujące auto w tym dwie kobiety jechały samotne i nie bały się zabrać dwóch mężczyzn! Jak ktoś pięknie kiedyś napisał „autostop to ryzykowna gra- zarówno dla kierowcy jak i pasażera”. Wszystko byłoby wspaniale gdybym umiał mówić po węgiersku lub włosku, ponieważ owa Węgierka mówiła tylko w tych językach. W chwilach takich jak ta, gdy jedziemy autem i następują godziny ciszy z względu na brak znajomości języka przeklinam własne lenistwo, że nie mówię tymi językami które akurat by się przydały. Godziny ciszy, Pani Węgierka, autostrada Budapest- Miskolc, a za oknem Puszta Węgierska (europejska odmiana stepu). Węgierka zapytała się czy chcemy jechać do centrum miasta czy do turystycznej dzielnicy Miskolc-Topolca (w której byłem 3 lata temu na stopa). Zaprzeczyłem i pokazałem na mapie miejsce, gdzie kiedyś łapaliśmy stopa w kierunku Polski, Pani nadrobiła pewnie jakieś 6-7 km dla nas bo wątpię żeby tam jechała. Na znanej nam miejscówce było niestety mało miejsca do zatrzymania się, ale wywieszona polska flaga na plecaku dumnie trzepotała na wietrze powodując radość u przejeżdżających Węgrów i wzbudzała zainteresowanie Polaków. Jedni Polacy nam się zatrzymali, ale ze względu małego pobocza, gdy biegliśmy do auta to nam odjechali 😦 Chwilę potem zatrzymał nam się Węgier, który powiedział że jest pszczelarzem i że wszyscy Polacy dla niego są braćmi. Jego żoną była Ukrainka z Zakarpacia. Koleś produkuje miód, kosmetyki na bazie miodu, a nawet ma swoje własne muzeum miodu! W bagażniku miał 2 zgrzewki miodu dwójniaka z lubelskiego APISu 😉 Dał mi swoją wizytówkę, powiedział że dwójniaka potrzebuje more more and more. Pomyślałem że będę z nim robił interesy miodem ale wiadomo jak to u mnie-słomiany zapał ;] Mieszkał on blisko granicy węgiersko-słowackiej gdzieś na wsi. Tam na flagę złapaliśmy polskie małżeństwo z Jasła, które wracało z Balatonu i jechali gdzieś nad jakieś jezioro na Słowacji. Bardzo przyjemne starsze małżeństwo, które nas widziało w Miskolcu jak łapaliśmy na flagę, ale stwierdzili że jest zbyt mało miejsca aby się zatrzymać…Nic złego się nie stało, bo wyrzucili nas w Koszycach i tam na przystanku autobusowym złapaliśmy słowackiego tirowca o imieniu Marek. Pierwszy raz w życiu tir nam się zatrzymał na przystanku autobusowym! Zwłaszcza, że wcześniej zjeżdżał z górki i musiał ostro hamować aby nam się zatrzymać. Marek to młody przesympatyczny gość i pierwszorzędny żartowniś. Jechał w trasę do Hamburga i jechał przez Barwinek-tam wysiedliśmy. Byliśmy zaskoczeni z Patrykiem, że ze Słowakiem gadaliśmy jak równy z równym, wcześniej różnice językowe pomiędzy słowackim a polski  powodowały czasami wzajemne niezrozumienie. Doszliśmy do wniosku, że po ponad dwutygodniowym osłuchaniu się z językowym misz-maszem na Bałkanach, gdzie królują różne odmiany języków słowiańskich jesteśmy na tyle osłuchani, że zrozumiemy i dogadamy się z każdym.Reasumując! Z Sarajeva do pierwszej miejscowości w PL (Barwinek) zajechaliśmy w 2 dni, z Budapesztu w 1 dzień. Wynik nie jest zły! Noc spędziliśmy na stacji benzynowej w Barwinku na poszukiwaniu auta dalej wgłąb Polski. Sztuka tam dopiero nam się udała wczesnym rankiem. Tego samego dnia szczęśliwie zameldowaliśmy się w Lublinie a stamtąd już busem wróciłem do domu 😉

W 15 dni (odliczając festival w Gucy) zrobiliśmy około 3,2 tyś kilometrów na stopa, nie spiesząc się przy tym. Te 3200 km zrobiliśmy około 35 autami co daje wynik średni jednego stopa około 80-90km. Najdłuższy stop około 290km z Barwinka do Zvolenia na Słowacji z Ukraińskim biznesmenem.

Jest to ostatni mój wpis i pragnę podziękować wszystkim tym, którzy chętnie sięgali po mojego bloga. Szczególne podziękowania dla Marty P., Anny Ł., Patrycji T, Klaudii Sz., Sylwii S., Natalii K., Magdzie T., Alicji T. Kingi F. Magdy W. oraz dla Grzegorza K., Macieja Sz., Michała W., Damiana M, Martina G. oraz dla wszystkich których nie wymieniłem. Jeszcze raz serdecznie dzięki!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dzień 16 Chorwacja i Węgry

Dzień rozpoczęliśmy od łapania stopa na granicy Bośniacko-Chorwackiej. Było ciężko ponieważ chcieliśmy jechać do Vukovaru (tak tak to tam gdzie była zbrodnia w szpitalu w Vukovarze podczas wojny). Przejście graniczne, na którym było mało tirów, a jeżeli były to sami Bośniacy. Dodatkowo na tym przejściu większość to tzw mały ruch graniczny, większość jechała do Żupanji na Chorwacji..Ale wziął nas jeden starszy Pan i podwiózł nas do Vinkovci. Tam łapaliśmy dalej do Vukovaru i wziął nas Serb mieszkający na Chorwacji. Co ciekawe w okolicach Vukovaru 40% mieszkańców stanowią Serbowie. Opowiadał że kiedyś też sporo autostopował i że zna całe wybrzeże Czarnogóry bo kiedyś był tam w wojsku. Zapewniał nas że wyrzuci nas w dogodnym miejscu abyśmy dojechali prosto na Osijek a potem dalej na Węgry. Jednak z Patrykiem mieliśmy wątpliwości czy wyrzucił nas na właściwej trasie. Postanowiliśmy pójść do restauracji naprzeciwko i zapytać się o drogę. Od kelnera usłyszeliśmy że to droga właściwa i że ostatnio spotkał tam 3 Polaków autostopowiczów i zapewnił że nie czekali dłużej niż 15 minut 😉 Skoro polski autostopowicz tam łapał to znaczy, że jest to droga właściwa! I rzeczywiscie nie czekaliśmy dłużej niz 15 minut. Wział nas kierowca busa, pewnie jechał do roboty a bus był baaardzo brudny w środku. Przed Osijekiem zatrzymaliśmy się na drodze, kierowca wysiadł zobaczyć dlaczego stoimy w korku. Wraca i mówi tutaj są saperzy, trwa rozminowywanie. Czekamy jakies 40 minutNo coż z nudów zrobiłem taki o to filmik 😉

Wysiedliśmy na zadupiu, w miasteczku gdzie jedynymi atrakcjami był bar i mały market. Próbowaliśmy coś złapać stojąc na zatoczce na przystanku, ja byłem nie wyspany, pies zza ogrodzenia za przystankiem ciągle na mnie szczekał i jedyną rekompensatą była atrakcyjna młoda dziewczyna czekająca na autobus… 😉 Zatrzymał nam się pewien bogaty Pan. Człowiek z klasą i uśmiechem na twarzy swoim nowym VW Passatem. Autostop all inclusive taki tytuł ma ten filmik.

Dodam tylko, że Pan Chorwat wychodząc do sklepu tak nam ufał, że zostawił kluczyki w stacyjce co już nie pierwszy raz nam się zdarzyło. Świetnie bo jeszcze nadrobił kilka kilometrów i zawiózł nas na same przejście graniczne chorwacko-węgierskie. Przekroczenie granicy to już tylko formalność. Siadamy i łapiemy stopa do Mohacs. 3 minuty i zatrzymuje nam się węgierska para studentów- Andreas i jego śliczna dziewczyna. W czasie rozmowy wyszło, że jadą do samego Budapesztu i zgodzili się nas tam zabrać 😉 Ale fuksik ponad 160km jednym stopem i to jeszcze z kochanymi węgierskimi braćmi którzy maja prawicowe poglądy bo popierają politykę Victora Orbana- premeira Węgier. Kilka kolejnych godzin minęło nam na dyskusjach historyczno- politycznych 😉

Andras mieszkał blisko autostrady M3 więc wyrzucił nas możliwie najbliżej M3 co nam bardzo pomogło. Jednak mieliśmy trochę problemów z odnalezieniem dogodnej miejscówki do łapania stopa na autostradzie, kiedyś szliśmy na żywioł i jakimś cudem udało nam sie stojąc poboczu M3 złapać tira. Sami nie wiemy do dzisiaj jakim cudem nam się to udało! Zobaczyłem na tablicę, że jakies 2 km stąd jest parking Shella. Udaliśmy się tam z buta i tam łapaliśmy stopa. Stacja ogromna, obok Mc Donalds i KFC-co skutkuje darmowym wi-fi, darmową łazienką i niezliczoną ilością dolewek coca-coli. Niestety akurat tego dnia było wielkie świeto narodowe Węgier i skutkowało małą ilością aut na drodze…Spowodowało to mój uśmiech na twarzy, ponieważ w Budapeszcie jestem już 3 raz i 2 raz w to samo węgierskie święto ;)Zrezygnowani że nic nie złapiemy udaliśmy się na kolacje do Maca a następnie rozbić namiot i iść spać. Co jak co w Budapeszcie w namiocie jeszcze nie spałem 😉
Kolejny dzień, ostatni już opiszę innym razem

Film | Opublikowano by | Dodaj komentarz

Dzień 15-Wyjazd z Sarajeva w stronę PL

Aby dowiedzieć się jak wyjechać z Sarajeva skorzystaliśmy z niezawodnej strony dla autostopowiczów http://www.hitchwiki.org Są tam niezbędne pomoce jak wyjechać z dużego miasta, gdzie łapać itd. Internetowa Biblia hitchhikerów 😉

Hitchwiki poleca wsiąść w autobus nr 21 i jechać jak najdalej się da. Wysiedliśmy jednak w miejscowości Vogośća. Tam drogi się rozwidlały na jedną główniejsza i drugą mniej główną. Postanowiliśmy że los wybierze za nas, którą pojedziemy, nie mieliśmy sztywnego planu bo już i tak zostały nam tylko po 2 marki bośniackie w kieszeni, kilka monet euro i nic poza tym. Plan drogi powrotnej uzgadnialiśmy kilka razy i szczerze patrząc na plątaninę dróg i małych miasteczek na północ od Sarajeva przez chorwacką część aż do granicy chorwacko-węgierskiej wiedziałem że będzie ciężko…Staliśmy więc z Vogości w niezbyt dobrym miejscu i na pewno nie na tej najbardziej głównej trasie niby tranzytowej. Czekaaamyyy i czeeekamy nieświadomi zupełnie, że są to nasze ostatnie promienie bałkańskiego Słońca…po kilkudziesięciu minutach zatrzymał się młody chłopak i powiedział, że zawiezie nas na lepszą miejscówkę, jakieś kilka kilometrów dalej. Łapaliśmy na tabliczkę „Tuzla” w naprawdę super miejscówce do łapania stopa. Długi i szeroki przystanek autobusowy i parking do pobliskiej karczmy. Wymarzony „spot” to hitchhikingu, z tym że lokalsi już tam łapali stopa…Jedni łapali stopa inni czekali na autobus, patrząc na nas jak na kosmitów i będąc zainteresowani skąd jesteśmy i gdzie jedziemy do nas zagadywali. W pewnym momencie jechało auto i za kilka minut wróciło i zatrzymało się koło nas. Kierowca mówił po niemiecku, no cóż, języka wroga uczyłem się kilka lat i większość już zapomniałem, ale udało nam się dogadać i jedziemy z Maśic Muhidinem Dino 😉 Jak się okazało jest Bośniakiem, muzułmaninem,studiował zarządzanie w Sarajevie. Ma swoją firmę, która zajmuje się eksportem ubrań roboczych do Niemiec, a jednocześnie jest ojcem dziewczyny, która jest baardzo zdolna i studiuje w USA. Jechał, zobaczył nas i zawrócił się po nas. Mieszka w Kladanj, w połowie drogi między Sarajevem a Tuzlą.
Wybierając trasę nie zwracałem uwagi czy jedziemy przez góry, ale gdy zabrał nas w Sarajevie było około 30stopni i gdy oddalaliśmy się od stolicy Bośni ciągle wjeżdżaliśmy w góry. Taką mieliśmy o to drogę 😉

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.


W pewnym momencie byliśmy już tak wysoko nad poziomem morza że temperatura z ponad 30stopni spadła do 15 stopni. Punktem kulminacyjnym była pogoda..zaczęło padać, wiać w dodatku wszędzie dookoła błyskały pioruny i dudniły grzmoty. Maśić widząc zapewne moje przestraszenie i obawy jak będziemy dalej łapać stopa poinformował mnie, że tutaj już od 3 miesięcy non stop są burze…Cóż te słowa chyba niezbyt mnie uspokoiły 😉 Ale nasz kolega zaczął gdzieś dzwonić i w rozmowie pojawiły się dwa słowa klucze „koliko” czyli „ile to kosztuje” oraz „Tuzla” miasto do którego chcieliśmy jechać. Zrozumiałem, że Maśic dzwonił gdzieś zapytać się ile kosztuje bilet do Tuzli. Na moje zapytanie po niemiecku ile kosztuje bilet do Tuzli odpowiedział „Ich bezahlen”. Od razu namalowało mi to uśmiech na twarzy, że kupi nam bilet do następnego miasta 😉 W międzyczasie mijaliśmy budki z Telentiną (pewnie jakiś fastfood gdzie serwują cielęcinę) i zapytał się czy nie jesteśmy głodni. No cóż, lekko głodny byłem bo na śniadanie zjedliśmy tylko po jednym burku, ale na większe koszty pomimo że jest bogaty nie chciałem go naciągać. W Kladanji nie padało, do autobusu mieliśmy 20 minut więc zaprosił nas na bośniacką kafe.Zdjęcie możecie podziwiać poniżej.

Nasz „fundator” miał 40 lub 41 lat chociaż wyglądał na trzydzieści kilka. Pogadaliśmy trochę o jego córce, o historii i o islamie. Dał nam swoją wizytówkę i powiedział, że jeżeli będziemy następnym razem w Bośni to żeby koniecznie się odzywać. Pełen czad!Gdy wróciłem do domu od razu wysłałem mu nasze wspólne zdjęcie na mejla i napisałem podziękowania oraz że cali i szczęśliwi wróciliśmy do domu. Odpisał mi i podziękował za zdjęcie. Pełen czad, być może dzięki nam będzie zawsze brał autostopowiczów 😉 Mieliśmy tyle szczęścia, że miałem 2 marki w kieszeni bo kierowca chciał dodatkowo za wrzucenie plecaków do luku bagażowego po 1 marce. Haha my to mamy farta 😉 Maśic przed zakupem biletu pytał się nas czy będziemy chcieli zwiedzać Tuzle czy od razu jedziemy w stronę Polski. Dowiedziawszy się że nie zamierzamy być Tuzli kupił nam bilet tak abyśmy nie musieli później przebijać się z dworca na wylotówkę na trasę dalej. Więc kupił nam bilet do miasteczka Śićki Brod. Łapaliśmy stopa obok faceta, który coś sprzedawał, miał napis „Maliny” z Patrykiem od razu się zaśmialiśmy, że to na pewno maliny nie są a np. jagody. Jakież było nasze ździwienie, że mieliśmy racje!!HAHA u nich maliny to jagody, a pewnie jagody to maliny(nie wiem nie sprawdzałem ale tak może być) Łapaliśmy chwilkę i nieoczekiwanie zatrzymał nam się TIR. What the Fuck pomyślałem!tam było tak małe pobocze, że nie wierzyłem że ktoś nam się zatrzyma osobówką a już nie mówiąc o tirze. Ale jednak zatrzymał się i zablokował tym samym jeden pas ruchu 😉 Komicznie musiało to wyglądać, my z wielkimi plecakami wchodzimy do kabiny a sznurek aut stojących za nami trąbi na kierowce TIRa, który miał na wszystko (przepraszam za wyrażenie) wyjechane 😉 Wsiedliśmy i znowu konieczność rozmowy po niemiecku..Ahh ta Bośnia! Koleś wracał z trasy do domu, więc częstował nas czekoladą i wodą. Ale był takim pozytywnym człowiekiem że do dzisiaj uśmiecham się, gdy przypominam sobie jazdę z nim. Jedziemy 80km/h idzie dziewczyna poboczem lub jest na przejściu dla pieszych, on zwalnia do zera i na nią trąbi i się cieszy ;))) Pozytywny koleś, który kiedyś woził jabłka z okolic Warki do Bośni. Co ciekawe myślałem że jest on muzułmaninem, ale nieoczekiwanie przeżegnał się kiedy przejeżdżaliśmy obok kościoła katolickiego. No i oczywiście musiałem krzyknąć „Tyy brat! Katolik!Chorwat!” Po kilkudziesięciu kilometrach wspólnej jazdy nasz kierowca odbijał na lewo w stronę Gradaćać, bo tam mieszkał a my jechaliśmy prosto na granice Bośniacko-Serbską więc musieliśmy się rozstać. Zmiana w krajobrazie była już widoczna, zamiast szczytów gór Bośni były przed nami bezkresne równiny użytkowane rolniczo. Po jakiejś godzinie zatrzymał nam się Branko- najczarniejszy Cygan jakiego widziałem w dodatku w czarnym BMW !! Zaleciliśmy sobie z Patrykiem szczególne środki ostrożności podczas wsiadania i wysiadania z auta tak aby nie odjechał z naszymi plecakami. Naprawdę tak czarnego cygana jeszcze nie widziałem hehe Ale nic złego nam się nie stało, widocznie nam nawet cygan w czarnym BMW niestraszny. Jadąc z nim wszędzie obok drogi były zakrzaczenia i napisy „PAZI MINE” Czyli „Uwaga Miny” hehe Wysiedliśmy mając jakieś 10-15km do granicy na jakimś zadupiu, gdzie oprócz baru, urzędu celnego, targowiska przy drodze nic więcej nie było. Co najśmieszniejsze znowu była to Republika Serpska 😉 Czyli po raz kolejny byliśmy w państwu w państwie. Tam też gdzieś po godzinie złapaliśmy kolesia jadącego busem ze śliwkami na pace aż do samej granicy. Koleś dziwny, wysoki i łysy muzułmanin cały czas krzyczący na rząd i na polityków. Mówił tak głośno i szybko że nawet za wiele nie zrozumiałem. Na koniec kazał nam wziąć tyle śliwek ile chcemy, więc sobie trochę pojedliśmy i udaliśmy się pieszo na granice bosniacko-chorwacką. Ucieszeni, że w końcu będziemy w UE podaję paszport celnikowi Bośniackiemu i taki o to dialog się zawiązał:
[Celnik]OOO poljak gdie żeś był!
[Ja] Belgrad, Gucza, Budva, Kotor, Mostar, Sarajevo!!!
[Celnik] I co robiłeś?Piwo pewnie piłeś hahaha student z polszy autostopuu
[Ja]Da, ja pił Niksicko, Sarajevsko, Lav, Jeleń!!haha
[Celnik] I co potem w Polszy?Dalej będiesz piwo pił daaa??
[ja] haha Da, Da dalej bede piwo pił

Pach, pach dostaliśmy pięcząteczki i celnik Chorwacki już nie był taki crazy. Wspominał Naszego Papieża Polaka 😉
Następnie próbowaliśmy łapać stopa gdziekolwiek dalej w Chorwację, lecz robił się juz zmrok i byliśmy zmęczeni wieć poszliśmy na ściernisko, z daleka od głównej drogi, przy polu kukurydzy rozbić namiot 😉 Dobrze, że nie było tabliczek „uwaga miny” ;))

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Dzień 14-Sarajevo !!

DZISIEJSZY WPIS BEZ PRZYNUDZANIA HISTORYJKAMI O TYM GDZIE SPAŁEM I CO JADŁEM. SAME FAKTY HISTORYCZNE O SARAJEVIE!!

Film | Opublikowano by | Dodaj komentarz

Dzień 13-stopowanie do Sarajeva

Właśnie tak spaliśmy w Mostarze, dlaczego akurat za stacją benzynową dowiecie się na filmiku

Właśnie tak łapiemy stopa na Sarajevo z Mostaru!Pobawiłem się trochę Unlead Video Studio, dodałem animacje i podkład dźwiękowy, myślę że odtąd wszystkie moje filmiki nabiorą nowej, lepszej jakości 😉

Na filmiku powyżej wytłumaczyłem dlaczego akurat Federacyjny kraj Bośni i Hercegoviny+ Republika Serbska jest tak ciekawy. Wgłębianie się w serbsko-chorwacko-bośniacki konflikt z prawosławno-katolicko-muzułmańskimi rozgrywkami w tle to jak wejście na forum gimnazjalistów. Po pierwszych dwóch minutach nie wiesz, o co chodzi, po następnych piętnastu zastanawiasz się, jak to w ogóle jest możliwe, po pół godziny jesteś w stanie tylko tępo powtarzać za Sokratesem – po łacinie Scio me nihil scire (wiem, że nic nie wiem). Tygiel wypełniony wzajemnie nienawidzącymi się grupami, żyjącymi na jednym terenie, w tych samych miastach, ale rozdzielonych wysokimi, grubymi murami tragedii z przeszłości, które wciąż są żywe w pamięci ludzi z tego obszaru.

Jadąc do Sarajeva mijaliśmy po raz kolejny przepiękną rzeke Neretwę z jej szmaragdową wodą..

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.


Gdy wjeżdżaliśmy do Sarajeva, obserwując budynki miałem wrażenie anachronizmu architektonicznego. Budynki postawione byle jak i byle gdzie, niezbyt przyjemne dla oka. Pomyślałem, że pewnie będziemy zawiedzeni stolicą Bośni podobnie jak nieoficjalną stolicą Hercegoviny-Mostarem. Zaopatrzeni w darmową mapę miasta na dworcu w Sarajevie wsiedliśmy w tramwaj znaleźć najtańszy hostel-Ljubicica, gdzie za około 7 euro można dostać łóżko w pokoju…21 osobowym!Tak, tak słownie (dwudziesto jedno osobowym) 😉 Dobrze, że Patryk ogarniał mapę bo ja jakoś byłem zmęczony spaniem za stacją benzynową w Mostarze więc znaleźliśmy hostel. Co nas zdziwiło, żadnej recepcji nie było! Pani sprzątaczka mówiła do nas po niemiecku, więc żartobliwie wtrąciłem do Patryka „Widzisz, tak temu Bośniakowi na stacji w Mostarze ściemnialiśmy, ze jesteśmy z Niemiec i teraz cała Bośnia ma nas za niemieckich turystów;) ” Poszliśmy zająć łóżka do pierwszego lepszego pokoju, ale w międzyczasie się dowiedzieliśmy, że trzeba się udać w ogóle do innego budynku do recepcji…Poszliśmy i się dowiedzieliśmy, że nie możemy tam spać, gdzie zajęliśmy sobie łóżka bo tam już jest rezerwacja..Na szczęście hostel ten ma kilka budynków w Sarajevie położonych w samym centrum miasta, że nie było problemu że znalezieniem innego pokoju…również 21 osobowego 😉
Tak wyglądał nasz pokój w hostelu 😉

Po pozostawieniu pleców w hostelu udaliśmy się na zwiedzanie miasta.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Film | Opublikowano by | Dodaj komentarz

Dzień 12- po Republice Serbskiej czas na Mostar!

Jak wspomniałem we wcześniejszym wpisie przyjechaliśmy do Mostaru z przesympatycznym Serbem-Zoranem. W Guczy naszym przyjacielem serbskim przyjacielem też był Zoran, także twierdzę że wszystkie Zorany to dobre chłopaki 😉 Wysiedliśmy na obwodnicy Mostaru, jakieś 5km od centrum. Mostar to nieoficjalna stolica Hercegoviny. Mijaliśmy w pewnym momencie kemping w Blagaj, gdzie jak się dowiedziałem po powrocie do PL jest opcja z miejscówką do spania za free 😉 Po drodze do centrum oglądaliśmy bazę autobusów komunikacji miejskiej, co nas zaciekawiło to fakt, że prawie wszystkie autobusy są produkcji japońskiej i na 99,99% zostały przekazane przez Japonię jako dar dla państwa Bośni i Hercegowiny. Pojechaliśmy do tego miasta aby zobaczyć słynny Stary Most, który tak na prawdę nie jest stary! Albowiem podczas wojny został zniszczony, a następnie odbudowany, jak większość źródeł twierdzi z dokładnie z tych samych starych elementów (chociaż w to lekko wątpię). Także każdy kto ogląda ten most powinien mieć świadomość, że to nie jest Stary Most z XVI wieku, którego zbudowanie zlecił turecki sułtan Sulejman II, bo ten most został zniszczony przez Chorwatów, ponieważ rzeka Neretwa była linią frontu a dzisiaj rozdziela miasto na część muzułmańską na wschodzie i chrześcijańską na zachodzie. Ostatecznie wg mnie i Patryka jest to Młody Most-otwarty do użytku w 2004 roku. Polecam obejrzeć filmik.

oraz kolejny filmik o skoczku, który właśnie skoczył do Neretwy z wysokości 20 metrów

Mimo tego, że mówiłem że tutaj jest dużo turystów, że to nie dla mnie itd to i tak dałem się ponieść fali zakupów i kupiłem magnes na lodówkę z wizerunkiem „Młodego Mostu”, od którego już po 2 miesiącach odkleił się magnez (A mówiłem że tam do kupienia jest sam szajs dla turystów!Mówiłem!!)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.


Co prawda most wygląda bajecznie, ale przez natłok turystów trzeba sobie trochę poczekać aby zrobić ujęcie, gdzie jest się samym na tle mostu…Gdybym był turystą i podróżował własnym autem to spędziłbym w tym mieście maksymalnie godzinę, bo poza tym mostem nie ma nic ciekawego (no chyba że ktoś lubi obserwować dziury w domach po wojnie)DSCN0265
My musieliśmy spać w tym mieście i nie wchodził w grę nawet nocleg za 10euro, który proponowali nagabywacze na ulicy. Ostatnią noc spędziliśmy all-inclusive na campingu, a kolejne dwie w Sarajevie zamierzamy spędzić w hostelu, więc teraz czas na survival w miejskiej dżungli. Miałem pomysł aby spać na dworcu (kolejowym lub autobusowym) ale oba były zamykane na noc. Szliśmy więc w stronę wylotu na Sarajevo, aby dojść do miejsca gdzie obwodnica miasta łączy się z wylotem z centrum miasta. Znaleźliśmy stacje benzynową i upatrzyliśmy sobie miejscówkę za stacją. Sęk w tym, że aby tam wejść trzeba było przeskoczyć przez zamkniętą furtkę, która była blisko jakiegoś baru. Mam jedną zasadę w spaniu na dziko- czym mniej rzucasz się w oczy tym bezpieczniej i twardziej śpiszwięc czekaliśmy aż ludzie sobie pójdą z tego baru..W międzyczasie zjedliśmy pasztet Podlaski. Pierwszy raz zjedliśmy konserwę lub pasztet bo bałem się, że przez te upały wszelakie mięso nawet i w puszce się popsuje. Po tym jak w kanapkach, które były w plecaku ser został tak stopiony jakby był w mikrofali, bałem się o jakość konserw ;d. W międzyczasie do sąsiedniego stolika przysiadł się Bośniak i zaczął sie nas wypytywać skąd jesteśmy. Odpowiedziałem „Deutschland!” i tutaj wpadłem w pewną pułapkę, ponieważ ten Bośniak pracował kiedyś w Linzu i to 15 lat także język musiał znać, a ja mimo 9 lat nauki i po 4 letnim braku styczności z tym językiem mówiłem raczej kiepsko 😉 Następnie z uporem maniaka mówiłem jak najgłośniej do Patryka tak „Ja, ja Hans sehr gut wurst!!” jedząc pasztet z Polski 😉 Bośniak na tyle mój bajer łyknął jak młody pelikan, że kiedy chcieliśmy wyrzucić puszkę to on nam ją zabrał i powiedział „Deutsche salami fur meine Hunde”. Ależ musiało być jego zdziwienie gdy zobaczył napis „product of Poland” 😉 Ostatecznie spaliśmy za ta stacją benzynową, noc była ciepła więc nie chciało mi się nawet na te parę godzin snu rozstawiać namiotu, więc spaliśmy tak jak na foto poniżej: a w kolejnym wpisie wrzucę filmik z miejsca gdzie spaliśmy 😉

Film | Opublikowano by | 2 komentarze